Czy dzieci naprawdę chcą się uczyć? O wewnętrznej motywacji

Czy dzieci naprawdę chcą się uczyć? O wewnętrznej motywacji

Strona główna » Blog » Czy dzieci naprawdę chcą się uczyć? O wewnętrznej motywacji

Dzieci mają naturalną ciekawość – wątpią i dociekają, eksperymentują, próbują, zadają dziesiątki pytań dziennie. Z wypiekami na twarzy odkrywają, jak coś działa i dlaczego, poszukują sensu, logicznego wyjaśnienia, mechanizmów, które tłumaczą nieodgadnione. To zupełnie zwyczajne – chęć do uczenia się jest wrodzona, ukształtowana ewolucyjnie i całkiem wystarczająca, by dziecko rozwijało się spontanicznie, z własnej potrzeby rozumienia świata. Nie trzeba go do tego przekonywać, zachęcać ani motywować z zewnątrz. Wystarczy… nie przeszkadzać. Co więc się dzieje, że iskra stopniowo gaśnie? Odpowiedź nie leży w dzieciach, tylko w systemie. A dokładniej w tym, jak obchodzi się on z wewnętrzną motywacją. Tą, która nie potrzebuje nagród, ocen ani pochwał, nie działa pod przymusem. Pojawia się wtedy, gdy dziecko czuje sens, wpływ i bezpieczeństwo.

Motywacja to nie marchewka czy kij

W tradycyjnym modelu edukacji wciąż pokutuje przekonanie, że potrzebny jest obowiązek szkolny, stopnie i kontrola dorosłych, by najmłodsi w ogóle chcieli zdobywać wiedzę. Wiara w to, że dzieci trzeba zmotywować, wydaje się nieugięta. Najczęściej chodzi, rzecz jasna, o motywowanie z zewnątrz – nagradzaniem, straszeniem albo rywalizacją. Mało kto potrafi dostrzec, że to wcale nie jest motywacja – to nic innego jak manipulacja. A dzieci, zwłaszcza te bardziej refleksyjne, czują to natychmiast.

Prawdziwa motywacja rodzi się w środku – z ciekawości, potrzeby znalezienia sensu, chęci wpływu. Gdy dziecko rozumie, po co coś robi i czemu to służy, nie trzeba go do tego przekonywać. Ono po prostu działa i nie dlatego, że ktoś patrzy, tylko ponieważ to ważne dla niego samego. Jeśli próbujemy motywować obietnicą nagrody albo groźbą konsekwencji, gasimy ten wewnętrzny ogień. Dziecko uczy się robić coś dla pochwały albo z lęku – nie z potrzeby poznania. A stąd już tylko krok do wypalenia.

Ciekawość – naturalne paliwo do zdobywania wiedzy

Każde dziecko zaczyna swoją edukację z głową pełną pytań. Jak działa lód, skąd się bierze cień i dlaczego pojawia tęcza? Jak to jest, że pada deszcz, noc jest ciemna, a trawa zielona? To są prawdziwe pytania badawcze, jakich nie powstydziłby się żaden naukowiec – tyle że nieformalne, zadawane między jednym łykiem kakao a kolejną malowanką. Bo wewnętrzna motywacja jest żywa, karmi się ciekawością. Kiedy ją pielęgnujemy, uczenie staje się przygodą, ale jeśli tłumimy – zamienia się w nudny, coraz bardziej przykry obowiązek.

Problem w tym, że tradycyjna szkoła często nie pozwala na pytanie, dlaczego coś się dzieje, bo to spowalnia lekcję. Wymuszone tempo, sztywne programy do zrealizowania i obsesja wyników działają jak chłodna woda na rozpalone dziecięce umysły. Szkoła demokratyczna pokazuje i udowadnia, że można inaczej: dając przestrzeń na pytania, godząc się na niewiedzę, dopuszczając błąd jako naturalny etap. Wie, że dziecko, które może pytać i szukać odpowiedzi, uczy się z zaangażowaniem.

Nauka zaczyna się, gdy dziecko czuje, że ma wpływ

Nie potrzeba specjalistycznej wiedzy, by zauważyć, że dziecko, które nie ma wpływu na to, co robi, kiedy i jak – szybko zniechęca się i przestaje angażować. I choć łatwo jest zrzucić takie wycofanie na karb lenistwa, to w rzeczywistości nic innego jak reakcja obronna. Gdy decyzje są podejmowane wyłącznie odgórnie, wewnętrzna motywacja po prostu szwankuje i czasem, po prostu gaśnie. A przecież dzieci, tak samo jak dorośli, potrzebują czuć, że ich głos ma znaczenie, a działanie dokądś prowadzi, ma kierunek i sens.

Szkoła demokratyczna pokazuje, że kiedy uczniom dać wybór, zaczynają współtworzyć proces uczenia się. Mogą zaproponować temat, sposób działania, kolejność. Zatrzymać na jakiś czas proces – tak, by coś przemyśleć, dopytać, wrócić do wcześniejszego etapu. Uczyć się w zgodzie ze sobą, czyli skutecznie, nie w oparciu o narzucony plan. Taka przestrzeń to zaufanie do podmiotowości dziecka, z której rodzi się prawdziwe, głębokie zaangażowanie. Bo tam, gdzie jest wpływ, pojawia się odpowiedzialność, a wraz z nią gotowość do działania.

Uczenie się potrzebuje czasu, dźwięku dzwonka i pośpiechu

„Zostało pięć minut”, „już dawno powinniście skończyć”, „musimy iść dalej” – tak wygląda codzienność w wielu szkołach – jak niekończący się sprint z zegarkiem w ręku. Problem w tym, że mózg dziecka nie działa dobrze w stresie – zwłaszcza wtedy, gdy ma coś zrozumieć, przyswoić i zapamiętać. Nauka nie znosi pośpiechu, za to potrzebuje czasu, skupienia i przestrzeni na myślenie. A gdy pędzimy od tematu do tematu, od zadania do zadania, łatwo zgubić to, co najważniejsze: sens.

Dzieci uczą się w rytmie, który często nie mieści się w ramy dzwonków, lekcyjnych 45 minut i szkolnych terminarzy. Szkoła demokratyczna to rozumie. Nie pospiesza, nie goni, nie przerywa, gdy dziecko jest w środku procesu. Pozwala się zatrzymać, zostać chwilę dłużej, zadać pytanie bez obawy, że nie było to w planie. Jeśli naprawdę zależy nam na motywacji, trzeba mieć odwagę zrezygnować z pośpiechu na rzecz głębi. Bo tylko w spokojnej przestrzeni można odkrywać, próbować i chcieć wiedzieć więcej.

Prawdziwa relacja – pierwsza i najważniejsza motywacja

Na koniec coś, co często niestety bywa pomijane w dyskusjach o motywacji: relacja z dorosłym. Tymczasem to właśnie od niej wszystko się zaczyna. Dziecko, które czuje się bezpieczne, widziane i traktowane z szacunkiem – chce być w kontakcie, słuchać i współdziałać. Zależy mu prawdziwie – nie dlatego, że musi, ale dlatego, że jest ktoś, komu ufa. Nauczyciel, który słucha, rodzic, który pyta, zamiast wymagać, opiekun, który widzi osobowość zamiast numerka w dzienniku – to właśnie relacja jest pierwszym pomostem do zaangażowania. Dzieci uczą się dla ludzi, nie dla tabel, rankingów i podręczników.

Wewnętrzna motywacja nie wyrośnie w atmosferze ciągłej oceny, presji i nieufności. Ale rozkwitnie tam, gdzie jest prawdziwy kontakt, ciekawość drugiego człowieka, autentyczność. Dziecko nie potrzebuje nauczyciela – super eksperta od wszystkiego. Potrzebuje wspierającego, uważnego i obecnego dorosłego, który wierzy, że ono samo ma w sobie wszystko, by się uczyć – tylko trzeba tej iskrze pozwolić zapłonąć.